Rozdział 5. Zdumiewająca odsłona

Hermiona myślała o jej sprzeczce z panią Weasley jak o próbie generalnej przed konfrontacją z jej rodzicami. Jednak zmiana charakterów zmieniła też scenariusz.

Nigdy wcześniej nie widziała swoich profesorów w mugolskich ubraniach. Przesunęła oczami po profesorze Dumbledorze ubranym w garnitur koloru wrzącej wody z różowymi kieszonkami wypchanymi karmelkami. Miała nadzieję, że nie będzie ich oferował wszystkim w około. Byłoby wtedy trudno obejść się bez dwudziestominutowego przemówienia jej ojca o szkodliwości słodyczy. O dziwo, ten jasny strój dyrektora był jedynie tłem dla jego towarzysza, ubranego w czarną koszulę z wysoką stójką, spodnie, a na dodatek na karku związane miał włosy. Jego ubranie niezbyt różniło się od jego codziennych szat, jednak jego twarz i figura były wyeksponowane. Nic nie zasłaniało jego kości policzkowych i linii szczęki, powiewające szaty nie kryły jego wąskiej, aczkolwiek wysokiej postury; nic nie krępowało jego znużonych ramion i szczupłości jego nadgarstków. Nie mogła oderwać wzroku. Chciała wmusić w niego ciepły posiłek, wpakować do łóżka i trzymać go tam, aż będąc bezpiecznym, zapadnie w sen. Zarumieniła się, ale nikt tego nie zauważył  - wszyscy skupili się na dyrektorze.

- Hogwart powstał tysiąc lat temu - zaczął srebrnowłosy stary czarodziej - a jego reguły i zasady obowiązują do dzisiaj, jakkolwiek dziwaczne mogą się wydawać w dzisiejszych czasach. Nigdy nie potrzebowaliśmy tak wysokiego poziomu nauczania Obrony Przed Czarną Magią jak teraz, a i tak nie potrafiliśmy zatrzymać żadnego nauczyciela na tym stanowisku dłużej niż rok. Teraz chcemy zastosować Zasadę Zastępstwa, żeby wskazać siedmiorocznego ucznia jako początkującego profesora, praktykanta. A czy znajdzie się ktoś lepszy od waszej córki, która jest wybitna we wszystkich przedmiotach i była współzałożycielką Gwardii Dumbledore'a na piątym roku?

- Chce pan, żeby Hermiona zaczęła uczyć, zanim sama skończy naukę? - zapytał Perry Granger i przeciągnął dłonią po swoich puszystych włosach. - Niby jak miałaby tego dokonać?

- Co z jej własną edukacją? - dodała mama Hermiony, Helen.

- Proponujemy jej prywatną naukę do Owutemów z wyznaczonym repetytorem i to, by egzaminy pisała za dwa lata, a nie za rok.

Grangerowie rzucili Snape'owi identyczne, podejrzane spojrzenia.

- Kto miałby ją uczyć? - Helen chciała upewnić się, że dobrze zgaduje.

- Profesor Snape. Mistrz Eliksirów, który jest także ekspertem od Obrony Przed Czarną Magią - powiedział dyrektor, wskazując ręką na współpracownika.

- Skoro jest taki dobry, to dlaczego sam nie może uczyć Obrony? - spytał Perry.

- Potrzebowalibyśmy innego nauczyciela Eliksirów, a takowego jest jeszcze trudniej znaleźć.

- Nie podoba mi się ten pomysł - naburmuszyła się Helen. - Nie jestem przekonana do profesora Snape'a ani do stwierdzenia, że to najlepszy wybór dla Hermiony. Lepiej by było, gdyby to był ktoś bardziej ośmielający.

- Nie wątpię, że pani córka ma własne powody, żeby mnie wybrać - odezwał się Snape.

Jej rodzice i pani Weasley spojrzeli na nią, ale ona sama nie zaszczyciła uch swoim spojrzeniem.

- Opieracie się tylko na tym, co pisałam wam w listach - że jest okrutny, niesprawiedliwy... - mruknęła i spojrzała z ukosa na swojego nauczyciela. Kąciki ust drgnęły jej, gdy przypomniała sobie jego słowa: Niektóre fakty są zbyt oczywiste, żeby je ukryć, więc nie próbuj ich zmieniać. Jednak zamień słabości w atuty. - Nie zmienił się, zawsze będzie działał według swoich ustalonych reguł i nie przyjmie żadnych wymówek - uśmiechnęła się. - Teraz widzę, że jest moim najlepszym nauczycielem. Każdy inny mnie wielbi, chwali przy wszystkich i na każdym kroku, a on jako jedyny stawia przede mną wyzwania.

- Jesteś pewna? - upewniła się Helen. - Przypuszczam, że nie miałaś wystarczająco dużo czasu, żeby to dokładnie przemyśleć. Będziesz spędzać obrzydliwie dużo czasu w jego towarzystwie.

- Miałam czas na przemyślenia. Przedyskutowałam z dyrektorem wszystkie szczegóły i miałam dość długą pogadankę z profesorem Snapem. Spędzanie z nim czasu w jakiś sposób sprawi mi radość.

Orzechowe oczy jej ojca wędrowały od dyrektora, przez profesora do Hermiony i z powrotem. Nie podobał mu się sposób, w jaki jego mała dziewczynka patrzyła na tego mężczyznę z wiecznie skwaszoną miną.

- Nie podoba mi się, że Hermiona ma spędzać czas z nauczycielem - MĘŻCZYZNĄ - sama - stwierdził Perry ze srogą powagą. - Nie ma żadnej kobiety, u której by mogła odbyć praktykę? Na przykład jej głowa domu?

Hermiona poderwała głowę.

- Masz na myśli...? Gdybyś go znał, nigdy byś tak nie pomyślał. On jest najbardziej honorowym człowiekiem, jakiego znam!

- Szacunek, panno Granger! - ostrzegł honorowy mężczyzna.

Dyrektor przygładził swoją długą, srebrną brodę. Błyski w jego błękitnych oczach przybrały na sile.

- Ach, tak! Muszę dodać coś jeszcze. Założyciele przewidywali, że taki młody praktykant będzie potrzebować dodatkowej obrony, opiekuna, jego reputacja może być zagrożona tak samo, jak uczucia, dlatego jako warunek spełnienia reguły ustawili ślub przyszłego praktykanta z nauczycielem - repetytorem.

- Małżeństwo?! To było średniowiecze! Czemu ona miałaby go poślubić? Nie ma jeszcze osiemnastu lat! - wybuchnął pan Granger.

- Zabraniam ci, Hermiono! - wtrąciła się jego żona. - Nie pozwolę mojej córce wyjść za wybuchowego, złośliwego mężczyznę, który na dodatek jest na tyle stary, by być jej ojcem! - Pani Weasley skinęła głową, zgadzając się z tą tezą.

- On nie jest złośliwy! - Hermiona zeskoczyła z krzesła, pochylając zaczerwienioną twarz nad stołem. - Jest odważny, mądry, lojalny i jeśli będę chciała go poślubić, to zrobię to! W naszym świecie jestem już dorosła!

Jej rodzice zrozumieli, że chodzi o świat magii, nie ich. Ogarnęło ich przykre uczucie wykluczenia. 

- Hermiono! - zawodziła Helen.

- W NASZYM świecie nie jesteś pełnoletnia i nie mów, że za trzy tygodnie będziesz, bo on wykorzysta twoje zaufanie. Jak mógl o tym w ogóle pomyśleć? - Perry także pochylał się teraz nad stołem, ogarnięty czystą furią. On i jego córka wyglądali teraz niemal identycznie.

- On mnie nie wykorzystuje! Tak czy inaczej, nie możecie mi zabronić! - Hogwart był w Szkocji. Mogła tam wziąć ślub bez problemu, bo skończyła już szesnaście lat.

- Panno Granger, najwidoczniej nie uważała pani, gdy dyskutowaliśmy. Myślałem, że wyraziłem się wystarczająco jasno - wytknął Snape.

- Ale... - spojrzała na profesora w niemym proteście, lecz czarne dziury jego oczu zgromiły ją. Jego głos był jednak delikatny, choć wciąż chłodny.

- Wyraziłem się jasno?

Hermiona nerwowo przełknęła ślinę, a w jej głowie zabrzmiały słowa wypowiedziane podczas dyskusji przez Snape'a: Używaj perswazji, nie konfrontacji; porozumienia, nie agresji.

- Tak, profesorze.

Człowiek, który regularnie stawiał czoła Voldemortowi, nie mógł speszyć się przed zwykłymi mugolami, a możliwie przyszłymi teściami. Odwrócił się do nich i powiedział:

- Rozumiem państwa obawy. To naturalne, acz bezpodstawne. Myślę, że zdawali sobie państwo sprawę z faktu, że wasza córka dojrzeje w innych ideach, gdy posyłaliście ją do szkoły, do świata magii. Mam nadzieję, że chociaż nas wysłuchacie.

- Jest pan chyba dwa razy starszy od niej - zaatakował Perry.

- Mam trzydzieści siedem lat. Różnica wieku między mną a państwa córką w świecie magii nie jest aż tak wielka.

- Jest pana uczennicą.

- Jestem nauczycielem w jedynej szkole magii w Wielkiej Brytanii od kiedy skończyłem dwadzieścia jeden lat. To, żebym znalazł sobie żonę, która nie byłaby moją uczennicą, graniczy z cudem.

- Twierdzi pan, że nigdy nie zrobił nic, by wzbudzić w niej uczucia? - kontynuował Perry.

- Ani w niej, ani w żadnej innej uczennicy.

- Uczy pan nawet dłużej, niż ona żyje. Pewnie widzi pan w niej dziecko.

Mężczyźni mierzyli się teraz wzrokiem.

- Przez to akurat można łatwo przejść. Relacje małżeńskie można porównać do autorytetu w klasie. Wierzę, że państwa zasady na to pozwolą. Nasze przyszłe nieporozumienia, a jestem przekonany, że będzie ich wiele, będą rozwiązywane na tej samej podstawie. W świecie magii państwa córka jest pełnoletnia, w państwa świecie prawie też. Zawsze była odpowiedzialna jak dorosła. Widzę w niej kobietę, którą się stanie. Którą już się staje. Myślą państwo, że którykolwiek z nauczycieli byłby ślepy na takie zalety, jak odwaga, determinacja i inteligencja?

Hermiona spojrzała na niego zdziwiona.

- Nigdy wcześniej nie powiedział pan o mnie czegoś takiego!

- Z doświadczenia wiem, że pochwały są mniej skuteczne od krytyki.

- A jednak zawsze chwalił pan Malfoya! - naburmuszyła się.

- Pan Malfoy jest przykładnym uczniem Eliksirów, tak kompetentnym jak pani, ale dalece bardzie posłuszny! Zazdrości mu pani uznania, które znajduje u każdego innego nauczyciela. Ślizgoni mogą je znaleźć tylko u mnie.

Hermiona utkwiła wzrok w stole. Chciała się wykłócać, ale to nie był odpowiedni czas ani miejsce. Kolejna wskazówka odświeżyła się w jej myślach: Nigdy nie zapominaj celu, nie daj się rozproszyć kwestiami, które osiągnięcie celu utrudniają.

- Zawsze wiedziałem, że faworyzuje pan swoich Ślizgonów - uciął Perry.

- Ja tylko zwyczajnie próbuję wyrównać ich sytuację, rekompensując im w pewien sposób to, że gdziekolwiek indziej spotykają się z uprzedzeniami.

Cztery pary oczu zwróciły się w stronę dyrektora, który tylko się uśmiechnął. Z pewnością miał coś do powiedzenia w tej kwestii.

- Severus całkowicie poświęca się dla dobra swoich uczniów, jak każdy z nas. Oczywiście nie zawsze zgadzam się z metodami, które proponuje w czasie dość burzliwych dyskusji w pokoju nauczycielskim. Nie ulega wątpliwości, że panna Granger wzbogaci się o nowe spostrzeżenia i poglądy.

- Już wiele ich ma - burknął Perry. - Ale dlaczego inni nauczyciele mieliby traktować ją jak równą sobie, skoro dopiero co kilka miesięcy wcześniej sami ją uczyli?

- To nie pierwszy raz, gdy były uczeń dołącza do kadry. Severus sam pracuje z ludźmi, którzy pamiętają go jeszcze jako pierwszorocznego. Jej koledzy, których będzie uczyć, zaakceptują ją, a po pierwszym szoku pozwolą sobą dowodzić.

- Nie podoba mi się to. Czyste szaleństwo! W waszym świecie wiele rzeczy zdaje się być totalnym szaleństwem. Nie możemy oceniać zasad i zwyczajów, których nie rozumiemy. - Perry zamyślił się i wymienił z żoną wnikliwe spojrzenia. - Wiedzieliśmy, że dojrzeje w innym świecie, ale nie wiedzieliśmy, jak bardzo innym. Molly - zwrócił się do pani Weasley - czy w waszym świecie zaaranżowane małżeństwa są popularne?

- W niektórych kręgach, szczególnie w starych czystokrwistych rodach. Większość nas bierze ślub z miłości. Ja tak zrobiłam i byłabym zawiedziona, gdyby któreś z moich dzieci postąpiło inaczej.

- A małżeństwa w tym wieku? - dopytywała Helen.

- Jest pełnoletnia od prawie roku. Niektórzy koledzy z jej rocznika mogliby wziąć ślub z jeszcze młodszymi. Oczywiście nie życzyłabym żadnemu z moich dzieci ślubu w nastoletnim wieku.

- Zwyczaje są różne, ale natura ludzka jest wszędzie taka sama - wymamrotała Helen. - Czy znasz profesora Snape'a? Czy byłby dla niej dobrym mężem?

- To może ja wyjdę, żeby każdy mógł wyrazić swoją opinię bez obawy o moją reakcję? - zaproponował Snape.

- To nie będzie konieczne - Molly spojrzała mu prosto w oczy. - Nie chciałabym obmawiać cię za twoimi plecami. Nie wstydzę się mówić o tobie przy tobie. - Odwróciła się do Helen. - Niezbyt go znam, nie jest przyjacielem moim ani rodziny. W ogóle jest mało lubiany. Większość osób, które uczył, nienawidzi go.

- Nauczanie to nie konkurs popularności - odpowiedział Snape, gdy wszystkie oczy zwróciły się na niego. - Warzenie eliksirów wymaga intensywnej koncentracji, dyscypliny, dbałości o szczegóły i umiejętności pracy pod presją. W najgorszych przypadkach toleruję uczniów, którzy są zdolni, by uwarzyć eliskir na ból głowy, gdy mają migrenę lub są na tyle mądrzy, by nawet tego nie próbować. Większość jest zbyt głupia, by sama z siebie zwrócić uwagę na niedbałość, ale robi to chociaż ze strachu przede mną. To odpowiedni zamiennik. Wolę widzieć ich nienawiść do mnie niż podziwiać ich zwłoki.


- Tak... słyszeliśmy o pana wybuchowym temperamencie i ciętym języku na lekcjach. Czy poza klasą jest pan inny? - zapytała Helen.

- Nieznacznie. Ale jak pani zapewne wie, pannę Granger raczej trudno onieśmielić. Sama przed chwilą powiedziała, że mój autorytet jest dla niej wyzwaniem - zarówno w klasie, jak i poza nią - zakończył i spojrzał Hermionie w oczy.

- Nie boję się pana. Jak mogłabym, skoro wiem, że ryzykuje pan swoje życie, by nas ratować? 

- To lekka przesada. Zupełnie niepotrzebna.

- Dobrze pan wie, że to prawda. Widziałam to.

- Obroniłem panią ze zwykłego nauczycielskiego obowiązku. Gdybyś przestała niepotrzebnie wystawiać się na niebezpieczeństwo...

- A kiedy pan przestanie? - weszła mu w słowo.

- Nie robię nic, co byłoby niepotrzebne!

- Dzieci, dzieci... - zaczął dyrektor. - Chcielibyście chronić się oboje, co jest naturalne i godne podziwu. Nie widzę powodu do kłótni.

Przestali patrzeć na siebie i spojrzeli na dyrektora, którego oczy znów migotały.

- Kłócicie się na każdym kroku! - zauważyła pani Granger. - Co może sprawić wam radość w byciu razem?

- Kłótnie i wymiany zdań lepiej pasują do szczęścia niż cichy gniew. Podziw, zaufanie i prawdziwa troska o drugą osobę pomogą rozwinąć się uczuciu sympatii. Zapewniam, że zawsze będę traktował państwa córkę z należytym jej szacunkiem.

- Im lepiej znam profesora, tym bardziej go lubię - przyznała Hermiona. - Jestem pewna, że wciąż tak będzie.

Przez następną godzinę jej rodzice wypytywali potencjalnego zięcia o rodzinę, historię, finanse, przyzwyczajenia i oczekiwania. Hermiona skrycie podziwiała, jak zręcznie jej profesor omijał trudne kwestie. Następnie, po ustaleniu szczegółów jej edukacji, warunków zatrudnienia i perspektyw, państwo Granger wzięli swoją córkę na bok, by odbyć prywatną rozmowę.

- On jest dwadzieścia lat starszy! - przypomniał jej ojciec już chyba po raz piętnasty.

- To nie ma znaczenia, jeśli nie wiemy, czy za tydzień wciąż będziemy żyć. Jeśli przeżyjemy, wątpię, czy będzie mnie obchodzić fakt, że będę miała siedemdziesiąt lat, gdy on będzie miał dziewięćdziesiąt.

- A co, gdy będziesz miała lat dwadzieścia lub dwadzieścia pięć, będziesz gotowa, aby rozwinąć skrzydła, odkryć świat, a on cię zatrzyma? Będzie was ciągnęło w różne kierunki, znienawidzicie się! - W świecie magii nie było rozwodów. Gdy jej matka to usłyszała, utkwiła wzrok w córce, a w głowie miała tylko jedno zdanie: Jakie to barbarzyńskie!

- Mamo, jeśli nie znienawidziłam go do tego czasu, to już nigdy tego nie zrobię. Jesteśmy w centrum oporu, odpowiedzialni nie tylko za siebie, ale też innych. Od samego początku przyjmę na siebie ciężar odpowiedzialności osoby dorosłej, a on mi w tym pomoże, lecz nigdy nie rozpieści. To nie ten typ.

Ciężko przełknęła ślinę i spotkała spojrzenia rodziców, którzy poszukiwali odpowiedzi w jej oczach.

- To nie będzie zabawne, romantyczne ani nic podobnego, o czym marzyłam w dzieciństwie. Nie jestem już dzieckiem.Nie mogę patrzeć na to, co będzie po wojnie, bo to może być rok, a może pięćdziesiąt lat. Wszystko, co mogę zrobić, to dbać o niego w czasie wojny. Nigdy nie wybaczyłabym sobie, że coś mu się stało, bo nie umiałam go powstrzymać. Boję się o niego i nie mogę przez to spać. - To chyba było najszczersze i najprawdziwsze, co dziś powiedziała.

- Jestem pewna, że on sam umie o siebie zadbać - wytknęła matka.

- Jego własne zdrowie jest ostatnim, o czym myśli.

Helen spróbowała innej taktyki.

- Za co ty go w ogóle lubisz? Przyznaję, jest nawet przystojny...

- Przystojny?! Mamo, czy ty powiedziałaś, że on jest PRZYSTOJNY? - To była najdziwniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszała z ust matki.

- Nawet, nawet... Gdyby zrobił coś ze swoimi zębami... Może nie jest przystojny w konwencjonalny sposób, ale dość uderzający - wysoki, mroczny, elegancki...

- Mamo, on porusza się po szkole jak chodząca furia, a za nim powiewają obszerne szaty i tłuste włosy. Uwierz mi, nikt nie pomyślał jeszcze o nim jako o przystojnym. - Czas, by odwrócić słabości w mocną stronę. - Nie będzie mu łatwo żyć z kimś u boku. Jest wrażliwy, uszczypliwy, założę się, że nigdy nie przeprasza - no, z jednym wyjątkiem - a oboje jesteśmy tak przekonani do swoich racji, że pewnie będziemy kłócić się o wszystko. Myślicie, że o tym wszystkim nie pomyślałam? - uśmiechnęła się. - On jest tego wart.

- Ale to będzie na zawsze... Nie możecie poczekać roku lub dwóch? - Ojciec znał jej silną wolę, ojciec zrozumiał, że małżeństwo jest nieuniknione.

- Nie chcę czekać ani dnia.



Rozdział 4. Zamiennik kłamstwa

Snape przyniósł wieczorem po kolacji pół tuzina fiolek Słodkiego Snu. Został na tyle długo, by powierzyć je opiece Molly Weasley i nakazać jej, żeby Hermiona je zażywała zamiast go nachodzić. Po tym, gdy powiedziała mu, że Ginny wie o koszmarach, z czego nie był zadowolony, orzekł, że powinni mieć jakieś wytłumaczenie, dlaczego tak naciskała na rozmowę z nim.

- Zawsze wykorzystuj fakty, zamiast całkowicie wymyślać bajki - polecił Hermionie. - Mniej nieścisłości uwiarygodni twoje kłamstwo.

- Nigdy nie mówiłaś nam, że masz koszmary - zamartwiała się Molly. Matkowała Hermionie i Harry'emu jak własnym dzieciom już od kilku lat. - Mogłabym ci jakoś pomóc.

- Po prostu tęsknię za rodzicami - wymamrotała Hermiona. - Zawsze się o nich martwię. - To była półprawda. Stwierdzenia bez związku ze sprawą są efektownymi zamiennikami kłamstw i są znacznie lżejsze dla gryfońskiego sumienia - kolejna wskazówka od Snape'a.

Po tym było łatwiej ukryć szczegóły snu: salwy śmiechu, gwizdy, poruszające się postacie w pelerynach, buty, które kopały ciało, długie i ciche godziny przed odnalezieniem zwłok, zdecydowanie dłuższe czekanie na ich zidentyfikowane, przygotowanie pogrzebu, pochówek i w końcu ziemia zasypująca trumnę i cichy szept Snape'a w jej głowie, mówiący słowa, których do dzisiejszego ranka nie rozumiała. No bo kto mógł pomyśleć o żalu i Snapie w jednym momencie?

Wszystko powinno być tak, jak to widzisz,
nie powinienem dożyć do grudnia zimowego,
chyba że ślub rychły weźmiemy
przed początkiem roku szkolnego.
Twoje usta powinny uszczelnić naszą więź,
złamana moc uzdrowieje,
zimne serca staną się czułe,
a uścisk żalu zelżeje.

Nie, nie powiedziałaby o tym nikomu, nawet gdyby mogła. W końcu nie będzie musiała znów tego oglądać. Jeszcze jedna noc i prawdopodobnie zobaczyłaby przebieg śmierci Snape'a. Oprócz oczekiwania nie mogła robić nic. No, jedynie zastanawiać się, czy nie oszalała.


Miała przecież poślubić Snape'a! Gderliwego, tłustowłosego, zrzędliwego Snape'a! On jej nawet nie lubił, o czym dał jej wyraźnie znać. Ona też go nie lubiła. To wszystko dzieje się dlatego, że bolał ją widok martwego Snape'a. Poniżonego. Wolała, żeby warczał i krzyczał niż czekał na śmierć.

Zawsze był porywczy i zdeterminowany, ale był też perfekcjonistą. Był niemiły, znienawidzony, ale tryskał energią i chodził tak zamaszystym krokiem, że szaty za nim falowały jak na wietrze. Pozornie wciąż taki był, ale rozrywało go od środka. Jak długo to ciągnął? Czy czekał tylko z powodu swojego uporu i niechęci do ujawnienia słabości? A może gorzej - zgodził się na ratunek przed śmiercią tylko ze strachu, że to nie byłby koniec, bo jakaś nieukończona sprawa skazałaby go na podążanie korytarzami Hogwartu przez wieczność?

Ron, Ginny i Harry znaleźli ją w dość złośliwym humorze i niechętną do rozmowy, która z pewnością sprowadziłaby się do faktu, z jaką niecierpliwością wyczekują ukończenia Hogwartu i wyrwanie się spod opieki Snape'a, co miało czekać chłopców już za rok, a Ginny za dwa lata. Nie wiedzieli, że ona już nigdy się nie uwolni, że ofiarowała się i będzie mu towarzyszyć już do końca życia. Próbowała wmówić sobie, że tego nie zrobi, że nie może, ale znała alternatywę. Nie mogła pozwolić mu umrzeć. Nie, nawet jeśli on właśnie tego chciał.

Kolejne dwa dni potwornie się jej dłużyły. Trzeciego poranka obudziła się słysząc profesora Dumbledore'a rozmawiającego na osobności z rodzicami Rona i Ginny. Z ledwością udawała zainteresowaną spekulacjami jej przyjaciół na temat tego spotkania. Podczas śniadania nie mogła nic przełknąć, więc napiła się tylko soku pomarańczowego. Stało się. Nadszedł już czas.

Frontowe drzwi otworzyły się i ponownie zamknęły. Dyrektor powrócił do Hogwartu, a pan Weasley do pracy. Pani Weasley wmaszerowała do kuchni z płonącymi policzkami i wargami zaciśniętymi w wąską kreskę. Krzątała się w ponurej ciszy. Widząc to, Ron i Ginny wzdrygnęli się, a Harry utkwił wzrok w podłodze.

- Hermiono, kochanie - powiedziała Molly, wypełniając zlew wodą - zostań tu i pomóż  mi umyć naczynia. Reszta niech idzie do swoich pokoi. Proszę.

Przyjaciele rzucili Hermionie współczujące i zdziwione spojrzenia, po czym wyszli. Po ich zniknięciu naczynia umyły się same, a Molly, bliska wybuchu, zaczęła rozmowę. Hermiona rzuciła pośpiesznie czar przeciw podsłuchom, na wypadek, gdyby ktoś po drugiej stronie drzwi miał zamiar użyć Uszu Dalekiego Zasięgu.

- W całym swoim życiu nie słyszałam nic tak potwornego! Ten cały pomysł, żebyś miała poślubić tego starego nietoperza... Naprawdę nie wiem, co Albus sobie myśli! 

Serce Hermiony stanęło. Mama jej przyjaciół zawsze nalegała, żeby mówiąc o Snapie używali jego profesorskiego tytułu. Przez to Hermiona sądziła, że Molly ma do niego choć trochę szacunku. Najwidoczniej - myliła się.

- Wstrętna kreatura! - narzekała głośno. - Chyba nigdy w życiu się nie uśmiechnął, mogę się założyć. Na dodatek były śmierciożerca!

- Nie chcę słyszeć więcej obelg pod adresem mężczyzny, którego mam poślubić - zaoponowała Hermiona. - Niech pani nie myśli, że będę siedzieć cicho i pozwolę pani go obrażać.

Kobieta utkwiła w niej swój wzrok.

- Nie możesz go lubić! Nikt go nie lubi...

Hermiona przełknęła ślinę. Nie spodziewała się, że ta kwestia zostanie tak otwarcie poruszona. Nie przez dorosłą osobę. I dlatego nie miała gotowej odpowiedzi. W tym momencie jej determinacja osłabła, więc zamknęła oczy, by zobaczyć sceny z koszmarów. Da radę. Podkreśli pozytywne aspekty i to będzie lepsze od kłamstwa.

- Profesor Dumbledore go lubi - zaznaczyła.

- A kogo on nie lubi?

- On jest najodważniejszą, najbardziej poświęcającą się osobą jaką znam. Jakiekolwiek błędy popełnił jako młodzieniec... nie uważa pani, że pokutuje za nie już wystarczająco długo?

- Nie, nie uważam! - wykrzyknęła pani Weasley, przypominając sobie dwóch braci, których straciła. - Nigdy nie odpokutuje tego, co zrobił.

Hermiona poczuła mocny, gorący uścisk w klatce piersiowej. Spróbowała wyobrazić sobie jej nauczyciela torturującego i mordującego z zimną krwią, ale nie umiała. Skutecznie ich chronił, choć wiązało się to z okrucieństwem na lekcjach, które raniło jej uczucia. Próbowała sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek podniósł rękę na ucznia. Nie. Nie zrobił tego bez względu na różne prowokacje.

Był śmierciożercą. Głupio byłoby myśleć, że mógł unikać udziału w "zabawach" śmierciożerców. Głupszym udawać, że kiedyś nie sprawiało mu to przyjemności. Może gdyby żyła w czasie pierwszego okresu panowania Voldemorta, a jej własna rodzina i przyjaciele zostaliby zamordowani, to także nie umiałaby zapomnieć.

Zgryzła wargę. To dzięki niemu jej przyjaciele jeszcze żyli. To on uratował Harry'ego na pierwszym roku i za każdym razem, gdy Voldemort wracał, bronił ich, ryzykując tym własne życie. Potrząsnęła głową, przełykając nerwowo ślinę. Cokolwiek zrobił lata temu - zmienił się i nie był już tamtą osobą. Nikt nie gardził nim, patrząc przez pryzmat przeszłości, tak bardzo, jak robił to on sam. Próbuje odkupić swoje winy dłużej, niż ona jest na tym świecie.

- Wstyd mi za to, jak pani go traktuje - z trudem powstrzymała drżenie głosu. - Za każdym razem, gdy jest wzywany może zginąć, ale pani o to nie dba. Któregoś dnia on może nie wrócić, a gdy przestanie pani myśleć, że był zdrajcą i dotrze do pani, że jest martwy... - Mówienie tego sprawiało, że ta sytuacja wydała się być możliwa. Jej głos załamał się na chwilę i nie mogła od razu kontynuować. - Wtedy powie pani, że na to zasłużył.

Nawet jeśli jego to w ogóle nie obchodzi - pomyślała żałośnie. Obróciła twarz i przyłożyła pięść do ust. Nawet, gdyby żyła dwieście lat, nigdy nie mogłaby zapomnieć o nim, przekonującym ją, żeby cierpliwie czekała na jego śmierć, bo wtedy jej koszmary znikną. Zamrugała, by odpędzić łzy.

Mama Rona utkwiła w niej wzrok i opadła na krzesło.

- Zadurzyłaś się w nim? Kochanie...

Hermiona zamrugała z irytacją.

- Nie zadurzyłam się! Nie jestem głupią dwunastolatką. - Tak właściwie jako trzynastolatka zadurzyła się w nauczycielu, ale nie w Snapie. - Uważa pani, że jestem aż tak głupia? Jestem jego uczennicą od sześciu lat. Wiem, że jest niecierpliwy, wybuchowy, zrzędliwy i ma niewyparzoną gębę! - Ups, przyznanie tego było błędem. Nigdy nie dawaj niepotrzebnych argumentów - polecił jej Snape.

Pani Weasley rzuciła jej zdezorientowane i zmartwione spojrzenie.

- Czemu akurat ty masz zgodzić się poślubić kogoś takiego?

Dobre pytanie. Hermiona zacisnęła szczękę. Całe szczęście przebrnęła przez to.

- Bo można powiedzieć o nim znacznie więcej, nie tylko o wadach. - Odważny, błyskotliwy, zdeterminowany, honorowy. - Zaskarbił sobie mój szacunek i zaufanie już wiele razy. Jakimś cudem jest jedyną osobą, która przyszła nam pomóc, gdy byliśmy w niebezpieczeństwie. Nikt inny nawet tego nie zauważył! - No, może poza profesorem Dumbledorem. Ale nawet jeśli, to wolał udawać ślepego, gdy on sam nas do tego nie zachęcał. Jaki inny dyrektor wysyła pierwszorocznemu uczniowi Pelerynę Niewidkę?

- Chyba żeby wpakować was w kłopoty - zadrwiła pani Weasley.

- Żeby nas z nich wyciągnąć! Jakie znaczenie mają odjęte punkty i szlabany, jeśli to on trzymał nas bezpiecznych i przy życiu?

- Ron nigdy nie powiedział...

- Ron nigdy nie próbował nawet zobaczyć więcej niż jego tłuste włosy i wredne komentarze. Ale to on przyszedł nas uratować na trzecim roku, mimo że wiedział, że Remus nie wziął Eliksiru Tojadowego, przez co miał się przemienić, nawet, jeśli wierzył, że Syriusz był mordercą. To było miejsce, w którym prawie go zabili, gdy mieli po szesnaście lat. I żaden z tych faktów go nie powstrzymał.

Tylko my go powstrzymaliśmy. Pozbawiliśmy go przytomności na oczach jego wrogów. Wyglądało na to, że to było jedyne, co mogliśmy wtedy zrobić, ale wspomnienie wciąż bolało. On przyszedł ich uratować, a oni stanęli przeciwko niemu. 

- To tylko wymówka, żeby się z nimi rozliczyć.

Hermiona prychnęła.

- Och, oczywiście. Wy wszyscy wierzycie, że zmierzył się z wilkołakiem i masowym mordercą tylko dla zemsty, czyż nie? - Sama kiedyś w to wierzyła, ale teraz rozumiała Snape'a.

Molly skrzywiła się.

- On jest dwadzieścia lat starszy od ciebie. Ty nie musisz spieszyć się jeszcze z małżeństwem, ale nawet jeśli, to powinien to być ktoś w twoim wieku.

- Nikt w moim wieku nigdy nie zwrócił na mnie uwagi. Poza tym jednym jedynym razem, gdy ubrałam się jak lalka dla Wiktora na Bal Bożonarodzeniowy.

Bułgarski szukający był trzy lata starszy od niej, bardziej męski niż chłopięcy. Te trzy lata wydawały się dla nich być barierą nie do przebicia. Nie była gotowa na nic więcej niż przyjaźń, szczególnie, że niedługo Wiktor wrócił do kraju. 

Teraz planowała wziąć ślub z mężczyzną starszym o jeszcze siedemnaście lat. Nie myśl o tym. Nie daj się rozproszyć.

- Przygotowanie tego trwało godziny, Nie chcę marnować czasu, by wyglądać pięknie dla bałwanów, które patrzą tylko na gładkie włosy i drogie ubrania - jak na przykład Ron. - Nie jestem tym zainteresowana. Profesor Snape patrzy na to, czy ludzie myślą, nie jak wyglądają i mi to pasuje. On mi odpowiada.

- Jednak wciąż go tytułujesz.

- Jest moim profesorem do momentu, w którym moi rodzice wyrażą zgodę na ślub. W świecie magii jestem w odpowiednim wieku, ale w świecie mugoli jestem jeszcze niepełnoletnia, a on nalegał na zgodę moich rodziców.

- Może oni przemówią ci do rozsądku. Zabieram cię do nich za godzinę.

- Tylko proszę, niech pani nie nastawia ich przeciwko niemu. On już sam to robi.

- Wątpię, żebym musiała. Jaki nauczyciel bierze za żonę swoją uczennicę? Co może dać w zamian?

Hermiona miała już na końcu języka drwinę, by sama mu się zapytała, ale powstrzymała się. Snape wskazał jej, że czasami lepiej prawdopodobny powód niż pozwolić wymyślać plotki. Postanowiła go posłuchać, już po raz kolejny.  

- Cóż, on nigdy nie oczekiwał, że będzie żył wystarczająco długo, żeby mieć żonę czy dzieci - to było łagodniejsze stwierdzenie faktu, że on nawet nie oczekiwał, że ktoś mógłby chcieć z nim być. Spodziewał się śmierci, od kiedy był w jej wieku. - Nigdy nie był zadowolony z poziomu nauczania OPCM, a teraz będzie pewien, że wszystko idzie po jego myśli, bo będzie mnie nadzorował.

Molly skrzywiła się.

- Nie obchodzi cię, że twoi przyjaciele go nienawidzą?

- Oni nie mogą decydować o moim życiu. Nadarzyła się wspaniała okazja. Zawsze chciałam uczyć w Hogwarcie i teraz mam taką możliwość.

- Ale jakim kosztem?!

- Myślę, że nawet do siebie pasujemy, jeśli musi pani wiedzieć. Mamy wspólne zainteresowania, więc zawsze będzie o czym porozmawiać. Jednocześnie jesteśmy na tyle różni, żeby nie zanudzić się w swoim towarzystwie. 

- Masz na myśli, że zawsze znajdzie sposób, by cię poniżyć? - Molly uderzyła w jej czuły punkt. Hermiona pomyślała szybko i dała odpowiedź.

- Jestem do tego przyzwyczajona. Teraz jest to nawet zabawne. Wie pani, doszukiwanie się komplementów w tym, czego nie mówi. A jest wiele rzeczy, o których nie mówi.

Po wyjściu pani Weasley, Hermiona oparła łokcie na stole, a twarz ukryła w dłoniach. Nie musiała kłamać, a naciągała prawdę więcej niż raz. Molly była udobruchana, ale nie do końca przekonana. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech, wdychając powietrze nosem, a wypuszczając buzią. Już czuła się wykończona. Czy po tym wszystkim zostanie jej ktokolwiek? Harry i Ron będą szczerzy do bólu. Czy będzie musiała przechodzić z każdym to samo od początku?

Musiała oszaleć. Nie było innego wytłumaczenia.

Rozdział 3. Niewychowani uczniowie

Hermionie serce stanęło w gardle. Przez chwilę jej delikatna, drobna dłoń obejmowała tą większą, należącą do profesora Snape'a. Czy on jest w stanie pomyśleć o niej i czymś miłym, nie wspominając nawet, że miałby to powiedzieć? Gdy tak rozmyślała, Snape wyrwał swoją dłoń z jej uścisku, odszedł szybkim krokiem i odwracając się od niej, stanął przodem do kominka, w którym utkwił swoje spojrzenie.

- Czasami zastanawiałem się, dlaczego Tiara nie przydzieliła pani do Ravenclawu, ale teraz widzę, że nadaje się pani tylko na gryfonkę.

Dziewczyna właśnie uświadomiła sobie, że powinna się cieszyć, że on nie chce jej za żonę, ale nie potrafiła wykrzesać z siebie tego uczucia.

- Czy to przypadkiem nie jest tak, że nienawidzi mnie pan aż tak bardzo, że woli pan zginąć niż wziąć ze mną ślub? - wymamrotała, opadając z powrotem na krzesło.

Oczy Dumbledore'a wodziły od mężczyzny do dziewczyny z wyrazem zamyślenia, a po chwili można było ponownie dostrzec w nich błysk. Postanowił być cicho jeszcze przez chwilę. Wciąż pozostały słowa, które powinny paść między tą dwójką.

Snape popatrzył na Hermionę ponad swoimi ramionami. Spojrzał szyderczo swoimi czarnymi oczami w brązowe oczy gryfonki, by zaraz znów powrócić do obserwowania kominka.

- Dlaczego uważa pani, że pani nienawidzę? Czy kiedykolwiek potraktowałem panią surowiej od innych, niewychowanych uczniów? W tym przypadku powinna pani raczej uważać, że nienawidzę was wszystkich, prawda?

Zmarszczyła brwi. A nie było tak?

- Kiedyś Malfoy rzucił urok na moje zęby. Stwierdził pan wtedy, że nie widzi pan różnicy - powiedziała, nie umiejąc pozbyć się ze swojego głosu oskarżycielskiej nutki.

Snape prychnął.

- Wiem, że pani rodzice są dentystami, ale nie sądziła pani chyba, że moje opinie o ludziach wystawiam na podstawie wielkości czy kształcie ich zębów?

Profesor Dumbledore nie potrafił stłumić chichotu. Hermiona z płonącymi policzkami i oczyma wpatrzyła się w dywan. Dlaczego Mistrz Eliksirów choć raz nie mógł potraktować jej poważnie?

- W takim razie przypuszczam, że pana nienawiść bierze się z faktu, że jestem szlamą. - Granger wzdrygnęła się i skuliła ze strachu, gdy profesor Snape obrócił się do niej gwałtownie, a żyła na jego skroni zaczęła niebezpiecznie pulsować.

- Jeśli jeszcze raz usłyszę, że z pani ust pada takie słownictwo, to będzie je pani szorowała szczotką, której używałaś do czyszczenia podłogi w mojej klasie.

Przełknąła ślinę.

- Przepraszam, profesorze.

Patrzył jej w oczy jeszcze przez chwilę, następnie obrócił się, i pocierając czoło, podszedł do małego stolika, gdzie stały zardzewiałe ozdoby, które dotknął.

- To, że pochodzi pani z rodziny mugoli to nic w porównaniu z byciem śmierciożercą!

Poczucie winy ukłują ją w serce. Już po raz czwarty tylko tego dnia go zraniła. Czwarty i pewnie nie ostatni. Czyż nie żałował swoich błędów młodości wystarczająco długo, żeby miała mu teraz o nich przypominać? Postanowiła zmienić temat.

- Dlaczego nie pozwoli pan sobie pomóc?

- Ma pani na myśli ukryć się za panią? Wolałbym raczej, żeby Czarny Pan ukarał za moje czyny tylko mnie i nikogo więcej.

Wiedziała, że tytułowanie Voldemorta Czarnym Panem było nawykiem każdego śmierciożercy, podczas gdy większość czarodziejów mówiła zamiennie Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać lub skrócone Sam-Wiesz-Kto. Dyrektor natomiast zawsze zachęcał ich do nazywania go po prostu Voldemortem, bo twierdził, że strach przed imieniem zwiększa strach przed tym, który je nosi. Jeśli już ktoś miał mieć powód do strachu, to tylko Snape, który samemu stawiał czoła mrocznemu czarnoksiężnikowi w gronie śmierciożerców i za każdym razem z kłamstwem na ustach, choć tak naprawdę nigdy nie sprawiał wrażenia przerażonego. Co więcej, zdawał się w ogóle tym nie przejmować.

- I tak jestem już na celowniku - zauważyła.

- Co nie jest powodem, żeby jeszcze bardziej wystawiać się na widok - odpowiedział.

- Pan jest wystarczająco dobrym powodem. Jest pan wart mojego poświęcenia.

Szerzej otworzyła oczy. Jego twarz nie była zwrócona do niej, ale za to widziała odkładnie jego profil. Czy on...? Tak! On się zarumienił! Był to zaledwie słaby odcień różu na policzkach, ale Snape wydawał się być zupełnie zdezorientowany, bo nie wiedział, gdzie ma patrzeć i co robić ze swoimi dłońmi. Uśmiechnęła się triumfująco. W końcu potraktował ją poważnie!

Snape odkaszlnął i odwrócił wzrok od pawiego pióra, które uprzednio przekładał między palcami.

- Niewątpliwie pani rodzice będą zachwyceni, gdy dowiedzą się, jak ochoczo poświęca się pani dla obcego.

Uniosła dumnie podbródek.

- Będą ze mnie dumni - rzuciła. - Wiedzą o wojnie. Wiedzą, że wszyscy bylibyśmy tymczasowo bezpieczni, gdybym zrzekła się magii i wróciła do świata mugoli, ale gdyby jednak to Voldemort wygrał...

- Nie wymawiaj tego imienia! - warknął, a Dumbledore uśmiechnął się do niej i stwierdził:

- Dobra robota!

Na usta Hemiony wpełzł szeroki uśmiech, a ona sama postanowiła kontynuować swoją wypowiedź.

- Jeśli by wygrał, znalazłby mnie, a ja nie miałabym jak się bronić. Tata mówi, że bylibyśmy wtedy jak dzieci bawiące się na plaży, gdy przychodzi fala.

Hermiona nigdy nie przywiązywała wagi do opowieści o hobbitach, ale teraz dziękowała w duchu ukochanemu autorowi taty za ukształtowanie jego światopoglądu tak, że jej pasował. Gdy kiedykolwiek pojawiała się sugestia odsunięcia jej od niebezpieczeństw Hogwartu i magicznego świata, jej tata zawsze znajdował wyjście, jakiego pragnęła.

W przymrużonych oczach Snape'a odnalazła pogardę dla jej uzasadnienia.

- Tylko nie dowiedzą się, jaki jest powód, dla którego chce pani za mnie wyjść, bo nie będzie pani nawet w stanie im tego wyjawić. Więź Przeznaczenia pokazała pani moją lojalność, która dla drugiej strony byłaby wystarczającym powodem, żeby mnie zabić - spauzował, żeby wypuścić z siebie długi oddech. - Proszę o szczerą odpowiedź. Czy pani naprawdę myśli, że rodzice pozwolą pani poślubić jednego ze swoich nauczycieli? Powinienem panią chronić, nie wykorzystywać!

- Ja, pan i profesor Dumbledore jesteśmy chyba w stanie wymyślić dobrą wymówkę.

- Wymówkę?! - potrząsnął głową. - Wydaje się pani, że łatwo będzie zadowolić jednocześnie pani rodziców, Czarnego Pana, Ministerstwo, Radę Nadzorczą, wszystkich uczniów i ich rodziców, Proroka Codziennego i jego czytelników, nie wspominając już o Zakonie i pani przyjaciołach? Widzieli panią proszącą mnie o prywatną rozmowę. Zapewniam, że będą chcieli znać powód.

Wyprostowała się na krześle. Na to akurat była gotowa.

- Można przygotować jakieś alibi. Powiem im, że chciałam przedyskutować z panem poprawę przepisu na Eliksir Wielosokowy. Specjalnie zaznaczyłam stronę z tym przepisem w mojej książce.

Spojrzał na nią litościwie spod lekko uniesionych powiek.

- Wystarczająco dobre, jeśli chciałaby pani wyjaśnić im tylko dzisiejsze zajście. Ale jeśli kolejnym krokiem, który chce pani postawić, ma być ślub ze mną, to jak pani myśli - co im przyjdzie a myśl? O czym najpierw pomyślą?

Jej twarz pokrył rumieniec, a ona zdolna była tylko do przełykania śliny ze zdenerwowaniem. Ok, nie była gotowa. Nad tym nie pomyślała.

- Każdy, kto jest moi prawdziwym przyjacielem - zaufa mi - zaprotestowała słabo.

- Będzie to bardzo pocieszająca myśl, gdy pani niegdysiejsi przyjaciele nie będą w stanie spojrzeć pani w oczy, a cała reszta będzie żądała wydalenia ze szkoły za oszustwo. W końcu sypiała pani z nauczycielem dla dobrych ocen. Przynajmniej w ich oczach - powiedział z wyniszczającą szczerością. Odwrócił się i spojrzał w kominek. - Tak, to będzie pocieszająca myśl, gdy mnie wsadzą do Azkabanu za uwodzenie uczennicy, a dyrektora wywalą za wysmyknięcie się takiego skandalu spod jego nosa!

Hermiona utkwiła w Snapie swoje spojrzenie. Zacisnęła pięści i pochyliła się do przodu, w stronę Mistrza Eliskirów.

- Nie wierzę panu! Musi być jakieś wyjście!

- Proszę liczyć się z faktem, że będzie pani mogła uznać się za szczęściarę, jeśli nie ocknie się kiedyś spod Imperiusa z wnętrznościami i mózgami swoich rodziców w dłoniach lub spod Cruciatusa za pokrzyżowanie planów Czarnego Pana. Może zdąży pani przekonać go, że da mu Hogwart, a on może zaoferuje szansę uratowania siebie i przyjęcie Mrocznego Znaku. Jednak nie liczyłbym na pani miejscu na tę opcję. Zna pani dobrze jego nastawienie do mugolaków.

Hermiona na zmianę stawała się czerwona jak pomidor lub biała jak kreda. Po minucie milczenia zaproponowała stłumionym głosem:

- A gdybyśmy opuścili kraj?

- Zakon nie działałby sprawnie bez swojego mózgu i szpiega. Wszyscy pani przyjaciele byliby złapani, co do jednego. Byłoby jeszcze gorzej niż podczas Pierwszej Wojny Czarodziejów. Jeśli chodzi o nas - zostalibyśmy okryci hańbą, bez grosza przy duszy. Za nasze głowy wyznaczona byłaby nagroda, a na dodatek bylibyśmy do końca - na szczęście przypuszczalnie krótkiego - życia związani z osobą, której byśmy sobie nie życzyli. Najlepszym rozwiązaniem będzie, jeśli pójdzie pani teraz do góry i uda, że nic się nie stało, a ja będę dostarczał pani Eliksir Słodkiego Snu tak długo, aż umrę i sny znikną. Jeśli wspomnienia wciąż będą panią nękały, to myślę, że dyrektor chętnie wymaże je pani z pamięci. 

Dłonie zacisnęła w pięści tak, że paznokcie wbiły się jej w skórę, ale nawet tego nie poczuła.

- Nigdzie się stąd nie ruszę ani nie pozwolę wymazać sobie pamięci! Wciąż nie wierzę, że nie ma jakiegoś sposobu na uratowanie pańskiego życia! - wykrzyknęła i odwróciła się do trzeciej osoby w tym pokoju. Swoją drogą, dlaczego dyrektor wciąż milczał? - Profesorze Dumbledore, przecież musi być jakieś wyjście!

- Ma pani tok myślenia dziecka i dlatego wciąż się pani łudzi - uciął Snape. - Czasami po prostu nie ma wyjścia.

Błękitne oczy dyrektora patrzyły na dziewczynę łagodnie, choć dopiero co ich wyraz nakazał Snape'owi milczenie. 

- Na razie zgadzam się, że musimy chociaż poszukać rozwiązania - powiedział Dumbledore. - Severusie, twoje życie jest zbyt cenne, by je stracić.

- Zaryzykujesz wszystko, żeby ocalić jedną osobę?

- Pozwolić ci umrzeć jest większym ryzykiem. Nie mam innego wyjścia. 

Młodszy mężczyzna spojrzał na przełożonego i pochylił głowę.

- Wiesz dobrze, że ci nie odmówię. Na szczęście wróżba nie przewiduje żadnych fizycznych kontaktów jako skonsumowanie związku. Ceremonia zaślubin powinna to reflektować. Poza tym będziemy mieli mniej skłonności do morderstwa drugiego, jeśli będziemy mogli spać w osobnych łóżkach i sypialniach.

Skrzywiła się i poczuła urażona, ale w głębi serca musiała przyznać, że to rozsądne rozwiązanie. 

- Pan naprawdę mnie nienawidzi.

- Bez melodramatyzmu, proszę. Jeśli chce być pani traktowana jak dorosła, to powinna pani zacząć zachowywać się jak jedna z nich - zauważył jej narzeczony, obracając się do dyrektora.

- Nie opowiedzieliśmy ci o słowach przepowiedni. Chyba powinieneś je usłyszeć. W moim śnie wypowiada je panna Granger. Domyślam się, że w jej snach przemawiam ja.

Spojrzała na niego przelotnie i kiwnęła głową.

-Tak - odpowiedziała. - Za każdym razem mówi pan: 

Wszystko powinno być tak, jak to widzisz,
nie powinienem dożyć do grudnia zimowego,
chyba że ślub rychły weźmiemy
przed początkiem roku szkolnego.
Twoje wargi powinny uszczelnić naszą więź,
złamana moc uzdrowieje,
zimne serca staną się czułe,
a uścisk żalu zelżeje.

Przełknęła ślinę i dodała, nim z jej oczu popłynęły łzy:

- I wtedy się budzę.

Dumbledore uśmiechnął się.

- To raczej sugeruje szczęśliwe zakończenie.

- Tak mogłoby być - dołączył się Snape. - Ewidentnie musimy wziąć ślub przez rozpoczęciem roku szkolnego. Jak wytłumaczymy taki pośpiech?

- Mamy ledwie tydzień, a tak wiele do załatwienia... - zaczął lamentować dyrektor. - Wciąż nie znalazłem nauczyciela Obrony. Ba, nie miałem nawet kandydatów! Severusie, nawet nie proś. Znasz moją odpowiedź.

Hermiona odwróciła wzrok. Sfrustrowany Snape nie był ładnym widokiem. Potrafiła zrozumieć jego złość. Wszyscy nauczyciele Obrony w Hogwarcie od dekad okazywali się być chodzącymi katastrofami. Nikt poza Snape'em nie chciał tej pracy, a on z niewiadomych powodów nawet nie mógł o nią prosić! W wirze myśli powędrowała do jej ulubionej książki - Historii Hogwartu. Już wcześniej Hogwart miał złą passę jeśli chodzi o profesorów. Ostatnia, sprzed dwustu trzynastu lat, skończyła się wraz z odrzuceniem starożytnych zakazów...

- To jest to! - wykrzyknęła z szerokim uśmiechem na ustach. - Zasada zastępstwa! Kiedy nie zaoferuje się żaden kandydat na nauczyciela danego przedmiotu, dyrektor może wybrać ucznia z siódmego roku na asystenta profesora pod warunkiem, że ten uczeń poślubi innego nauczyciela Hogwartu z przynajmniej pięcioletnim stażem. 

- Pierwszeństwo ma najmłodszy nauczyciel stanu wolnego odpowiedniej płci - dyrektor dokończył jej cytat. - Panno Granger, nigdy nie przestanę podziwiać pani encyklopedycznej wiedzy z wielu różnych przedmiotów.

- Profesorze, to najmilsze określenie mojej wiedzy, jakie kiedykolwiek słyszałam. - Kątem oka zauważyła rumieniącego się Snape'a. Zawsze nazywał ją Panną-Wiem-To-Wszytko, lecz nigdy nie użył komplementu.

- Śmieszne! - wykrzyknął. - Ta reguła nie była używana od ponad dwustu lat. To powinno być zabronione!

- Ale nie jest - dyrektor upomniał Snape'a. - I jest to dla nas idealne rozwiązanie.

Pół godziny później Hermiona opuściła pokój pożegnana wskazówką Snape'a, żeby przemyślała swoją ofertę jeszcze raz i wycofała ją, póki jeszcze może. 

Między mężczyznami panowała długa, krępująca cisza. Dumledore spojrzał na Mistrza Eliksirów i po kilku minutach przemówił.

- Będziesz z nim dziś rozmawiał? - Nie musieli używać imienia, żeby wiedzieć, o kogo chodzi.

- Tak. Powiem mu, że zmuszasz mnie do tego wstrętnego związku, grożąc dymisją i masz nadzieję, że przez to Ministerstwo nie da kolejnego beznadziejnego nauczyciela. Myślę, że uzna moją obecność przy tobie za tyle ważną, że na to przystanie. - Jego głos nawet nie zadrżał na myśl o stawieniu Czarnemu Panu takiego ultimatum. 

Srebrnowłosy skinął głową.

- Sam zajmę się Radą Nadzorczą. Jeśli się zgodzą, Ministerstwo nic na to nie poradzi.

- On będzie chciał ją wkręcić w szpiegowanie Pottera. Zawsze chodzi o Pottera...

- Zajmij się tym od razu. Powiedz, że Harry nienawidzi cię na tyle, że nie będzie chciał mieć nic do czynienia z twoją żoną, więc odetnie się od swojego największego wsparcia.

- To wystarczająco realne. Bez jej mózgu i zdrowego rozsądku wsadziłby swój pusty łeb w kłopoty większe niż takie, z którymi mógłby sobie poradzić. Chłopak ma więcej szczęścia niż umiejętności.

- Czyli jednak coś w niej podziwiasz.

Snape wzruszył ramionami na znak braku zainteresowania. Wiedział, że to będzie bardziej przekonujące niż protesty.

- Byłaby nawet dobra dla mnie, gdyby była starsza i... - mniej lekkomyślna, mniej gadatliwa, mniej wszystkowiedząca, mniej naiwna? - mniej gryfońska. Co te bachory bez niej zrobią?

- Prawdopodobnie młoda Ginewra zajmie jej miejsce.

Usta Severusa wykrzywiły się w drwiącym uśmiechu. Zastąpić Hermionę Granger Weasley'ówną? To jak transmutować galeona w knuta!

Uśmiech Dumbledore'a bladł wraz z wydłużającym się milczeniem.

- Nie zamierzałeś mi powiedzieć. Ani nawet się pożegnać.

Mistrz Eliksirów spuścił wzrok, chowając się za swoimi długimi włosami i podniósł lekko zniszczoną tabakierkę.

- Wszystko przygotowałem. Po wszystkim znalazłbyś list w moich komnatach.

Odłożył tabakierkę i podszedł do drzwi, nie czekając na odpowiedź. Jednak zanim przekroczył próg, zatrzymał się.

- Zawsze byłeś dla mnie jak ojciec, którego nie miałem - spojrzał nad ramieniem na dyrektora. - Ale oboje wiemy, że nie byłem twoim ulubionym synem.

- Severusie...

- W czasach mojej nauki byli nimi Potter i Black. Teraz jest nim syn Pottera. - Jego głos był całkowicie wyprany z emocji. - Myślisz, że nie wiemy, że poświęciłbyś wszystko tylko po to, żeby go uratować?

Wtedy odszedł. Chwilę później drzwi frontowe zamknęły się za nim z charakterystycznym trzaskiem.

Rozdział 2. Rozstrojenie

Oczy profesora Dumbledore'a spoczęły na jego koledze. Poza pojedynczym skinięciem głową, profesor Snape chyba nie miał zamiaru inaczej komentować perspektywy swojej rychłej śmierci.

Hermiona opadła na krzesło z wytrzeszczonymi oczami. Nagle zrobiło jej się zbyt gorąco, a szumienie w jej głowie zdecydowanie dawało się we znaki. Za to w jej brzuchu coś ścisnęło się nagle, jakby na dno jej żołądka spadł jakiś instrument, a ktoś usilnie próbował na nim grać mimo słyszalnego rozstrojenia.

- O mój... - westchnęła. - Pan wiedział? Pan o tym wiedział i usiłował powstrzymać mnie od wyjawienia tego!

Młodszy mężczyzna wciąż milczał.

- Czy... - zawahała się. - Czy pan chce umrzeć? - Jej policzki stały się wilgotne od spływających po nich słonych łez. Myślenie profesora było niepoprawne! Snape był niezniszczalny i twardy jak skała - potrafił ignorować to, co ludzie mówią do niego lub o nim, lecz teraz poziom irytacji nie pozwolił mu na zatrzymaniu odpowiedzi tylko dla siebie. O nie, nie miał zamiaru być cicho.

Dumbledore wzdrygnął się, gdy usłyszał pytanie Hermiony, jednocześnie obawiając się odpowiedzi Severusa. Mroczny mężczyzna wzruszył ramionami i wpół przymknął oczy, by żadne z jego towarzyszy rozmowy nie widziało w nich jego odczuć i przemyśleń. Gdy odpowiedział, jego głos był zadziwiająco delikatny.

- Niespecjalnie.

- Więc dlaczego nic pan nie powiedział? - pisnęła dziewczyna.

Profesor wyprostował wąskie, chude ramiona, przez co jeszcze wyraźniej górował nad swoją uczennicą. W jego oczach dało się zauważyć błysk.

- Pani troska jest niepotrzebna, panno Granger. Śmierć to ryzyko, którego się podjąłem. Cierpliwości. Wraz z moją śmiercią pani sny ustaną. Do tego czasu może pani używać Eliksiru Słodkiego Snu; nie zdąży się pani od niego uzależnić.

Hermiona poczuła nagły przypływ furii, który objawił się w pieczeniu oczu i podrażnieniu gardła. Niespodziewanie naszła ją ochota, żeby złapać profesora za ramiona, potrząsnąć nim i wbić mu do głowy choć trochę instynktu samozachowawczego.

- Jak może pan myśleć, że mi chodzi tylko o to, czy się wyśpię czy nie?! Tu chodzi o pana życie! - Jej gardło ścisnęło się tak bardzo, że ledwo wydobywała z niego swój głos. Przypomniała sobie widok zwłok Snape'a w swoich snach - po ich stanie śmiała twierdzić, że jego śmierć miała nie być łatwa.

- Jestem tego całkowicie świadomy. Szczególnie, że już dwadzieścia jeden nocy widziałem panią pochlipującą nad moim grobem. Niech nie kłopocze sobie pani mną głowy.

- Jak mam się niby panem nie przejmować? Pan cały czas ryzykuje swoje życie dla naszego bezpieczeństwa!

- Zapewniam panią, że pani bezpieczeństwo nigdy nie było dla mnie priorytetem. Nie jest mi więc pani nic winna.

Spojrzała na jego zimną i ogołoconą z jakichkolwiek uczuć twarz. Kłamca! Dbał o nią od sześciu lat. A o jej podobnych już od szesnastu!

- Nie będę w stanie żyć dalej, jeśli będę miała pana na sumieniu!

- To da się łatwo rozwiązać. Dyrektor może rzucić na panią Obliviate. Nikt nie będzie pani o nic winił, bo ani nie będzie wiedział, ani nie będzie miał powodu. - Szykując się do kolejnego zdania napiął wargi w paskudnym grymasie. - Dobrze wie pani, że nie może uratować wszystkich.

Hermiona patrzyła na swojego Mistrza Eliksirów jakby widziała go po raz pierwszy. Na początku jej plan obejmował tylko poinformowanie profesorów o swoich snach. Chciała jedynie, by zdjęli z jej barków odpowiedzialność. Miała też oczywiście nadzieję, że dwie tak inteligentne osoby znajdą jakieś rozwiązanie, które nie będzie obejmowało niej samej. Teraz musiała spojrzeć prawdzie prosto w oczy - plany będą niej dotyczyć, w czym upewnił ją wyraz twarzy dyrektora. Mężczyzna stojący przed nią miał zamiar oddać się pokornie torturom. Mogła go ocalić albo patrzeć jak odchodzi i umiera.

Nie mogła pozwolić na drugą opcję.

Zacisnęła zęby. Miała wrażenie, że jej żołądek wywinął się właśnie na lewą stronę. Och, oby tylko się nie rozchorowała, bo "instrument" w jej żołądku zdawał się walić o podłogę.

- Ja... zaoferuję siebie.

- Tak desperacko pragnie pani mojej akceptacji, że jest w stanie mnie poślubić, żeby to osiągnąć?

- NIE, oczywiście, że nie! Nie chodzi o to!

- Ach, oczywiście. Właśnie widzę - wycedził. - Cóż za szlachetne poświęcenie. Typowo gryfońskie zachowanie...

- To nie JA mam zamiar dać się zabić! Kto tu jest teraz bardziej gryfoński?

Zauważyła drgnięcie jego małego palca. Normalnie nie byłaby w stanie tego zauważyć, jednak teraz ona siedziała, a jej profesor stał przed nią. Minimalny, lecz wystarczający gest, by być oznaką, że jej słowa go bolą. Ten moment był pierwszym, gdy ona zakwestionowała jego zdanie będąc z nim na równej płaszczyźnie. Teraz nie byli nauczycielem i uczennicą, ale mężczyzną i kobietą; dwiema zwykłymi osobami. Mogła powiedzieć to, co myśli bez obaw, że ją ukarze. Pochwaliła w myślach swoją siłę, ignorując ukłucia poczucia winy. Należało mu się to po wszystkich momentach, gdy ranił ją i jej uczucia oraz za to, że w przyszłości jego zachowanie pewnie też się nie zmieni. Jeśli dla niego miała istnieć jeszcze jakaś przyszłość.

- Będzie się pani do mnie zwracać z należnym szacunkiem, panno Granger - wysyczał. - Wciąż mogę ukarać panią całorocznym szlabanem z Filchem, nawet, gdybym miał nie dożyć chwili, żeby to zobaczyć. Niech pani nie patrzy tak na mnie. Taka jest prawda.

- Może po prostu jest pan tak zaślepiony samym sobą i swoją wartością, że nie zauważa pan, że może komuś na panu zależeć? - rzuciła. - Nie uważa pan, że jest pan warty ratowania?

- Uważam, że w tym momencie ośmiesza pani samą siebie. Cały pomysł ze ślubem jest śmieszny! Czemu miałaby oani za mnie wychodzić? Jak mogła pani w ogóle pomyśleć o czymś takim?!

Zmarszczyła czoło. Chyba coś mu się rzuciło na mózg, bo najwidoczniej nic nie zrozumiał.

- Pan się pyta: jak? To jedyna słuszna rzecz, jaką możemy zrobić w tej sytuacji!

- Cóż za paradoks. Według mnie to jest najbardziej NIEODPOWIEDNIE.

Przymrużyła powieki i spojrzała na Snape'a kątem oka.

- Co, według pana, w tym pomyśle jest złe?

- Jestem pani nauczycielem - odpowiedział sucho. - Moi uczniowie są dla mnie jak dzieci, których nie mam.

Szczęka jej opadła, a oczy rozszerzyły i wyglądały jak dwa galeony.

- Myśli pan o nas jak o swoich dzieciach? - pisnęła. - Mogę jedynie skomentować to tak: jest pan okropnym ojcem.

Zauważyła kolejne drgnięcie małego palca. Jabłko Adama Snape'a jeździło niebezpiecznie w górę i w dół, gdy nagle warknął:

- Ma pani kolejny powód, żeby za mnie nie wychodzić.

Spuściła głowę i przygryzła wargę. To już drugi raz, gdy jej słowa wywołały u niego ból, a rozmawiali dopiero kilka minut. Nigdy nie pomyślała nawet, że mogłaby być do czegoś takiego zdolna. Zawsze to on sprawiał, że ona czuła się głupio. Teraz jednak doszła do pewnego wniosku: tylko ktoś niepewny swoich sił zachowywał się tak jak jej profesor.

- Przepraszam. To było obraźliwe z mojej strony - spojrzała w górę, ale po chwili znów odwróciła wzrok. - Nawet jeśli nas pan nie lubił, to jednak zawsze o nas dbał.

- Czy muszę was lubić, żeby robić to, co dla was najlepsze?

Zmarszczyła czoło. Nie musiał, prawda? Pamiętała, jak dwa lata temu odsłonił swoje lewe przedramię, by udowodnić Ministrowi Magii, że Voldemort powrócił. Nie dbał wtedy o to, że świadkami tego zdarzenia byli jego niekoniecznie ulubieni uczniowie. Nigdy nie zwracał uwagi na konsekwencje, tylko robił to, czego wymagała sytuacja, a później odchodził lizać swoje rany w samotności.

Po powrocie Voldemorta natychmiast powrócił do aktywnego szpiegostwa. Hermiona dopiero teraz dostrzegła, jak wychudzony i wyzuty z energii przez to był. Nagle zrozumiała, że cały czas narażony był na odkrycie jego zdrady. Dwa lata żyje w obawie, że ktoś może go zdemaskować, torturować, a nawet zabić w każdej sekundzie. Ostatnie sny nie wniosły do jego życia niczego nowego poza upewnieniem, że umrze i w miarę dokładną datą. Poczuła, że chce się nim opiekować. Merlinie, ktoś w końcu musi się nim zająć.

- Ufam panu. Zawsze robił pan to, co miało być dla mnie najlepsze i wiem, że wciąż tak będzie.

Snape zaszczycił ją swoim spojrzeniem.

- Więc niech mi pani uwierzy, że teraz też mam rację i ślub ze mną nie będzie dobrym pomysłem. Spójrz na mnie, dziewczyno i zapamiętaj, że będziesz musiała patrzeć na mnie przez resztę swojego życia! Niech sobie pani przypomni wszystko, co o mnie wie: mój wiek, wygląd, charakter, przeszłość... Jest pani pewna, że chce spędzić następne sto pięćdziesiąt lat, jeśli tyle przeżyjemy, ze mną i z nikim innym w jednym łóżku?

Gdy usłyszała ostatnie słowo wypowiedziane przez swojego profesora przeszedł ją mimowolny dreszcz. Snape zamrugał, a jego twarz zesztywniała, kiedy zobaczył reakcję swojej uczennicy. Hermiona przypomniała sobie ból jaki czuła, gdy oberwała klątwą od Śmierciożercy. Do wspomnień przyczynił się Snape, który miał teraz minę, jak ona wtedy, gdy próbowała maskować ból. Zraniła go po raz trzeci. Dlaczego musiała zachowywać się teraz tak nieudolnie?

- Zdaje sobie pani w ogóle sprawę z tego, co mi oferuje? Jakie ma pani doświadczenie?

Granger poczuła się tak zażenowana, że rumieniec, którym się oblała sięgnął nawet do jej palców u stóp.

- Moje doświadczenie to nie pana sprawa!

- Ale będzie, jeśli pani nie ustąpi - odpowiedział ponuro. - Sądzę jednak, że doświadczenie ma pani zerowe. Albo jest tak głupia, że szuka romantyzmu w tej dość kłopotliwej sytuacji. Nie ośmieszaj się, dziecko! Jak mogłaś chociaż pomyśleć o poślubieniu kogoś, kogo nawet nie lubisz?

Tak, to było dobre pytanie. Wszystkie jego pytania były dobre. Po pierwsze spójrzmy na wiek; między nimi było dwadzieścia lat różnicy, prawie pokolenie*. Nawet jeśli ona uważała się za wyjątkowo dojrzałą jak na swój wiek, to on i tak był sporo przed nią. Chociaż patrząc prawdzie prosto w oczy - w świecie czarodziejów trzydzieści siedem lat nie było uznawane za starość.

- Ja nie nie lubię pana... Choć nie zawsze - dodała szybko, zanim odpowiedział jej coś, co sądząc po błysku w jego oczach miało być złośliwe. - Jeśli chodzi o różnicę wieku, to z czasem, gdy będziemy się starzeć - ona straci znaczenie.

- Ale z resztą będzie tylko gorzej.

Przyjrzała się jego prostym, tłustym włosom, krzywym, pożółkłym zębom, zbyt dużemu nosowi i bardzo cienkim wargom. Nie zaprzeczała faktowi, że był brzydki. Teraz zauważyła jednak coś ekscytującego w gracji, której pantera mogłaby mu pozazdrościć, ciemnych jak tunele oczach, a nawet w falujących, ciemnych szatach. W zeszłym roku przyłapała się na tym, że patrzyła na niego spod przymrużonych powiek i zastanawiała się, jak wyglądałby z uśmiechem na ustach. Był człowiekiem niecierpliwym, nieskorym do uśmiechu, zrzędliwym, krytykującym wszystko i wszystkich oraz nie potrafiącym wzbudzać sympatii. Jednakże podziwiała go za odwagę, skupienie, błyskotliwą inteligencję i nieustanną lojalność. Może zalety dadzą radę przeważyć wady? Może...

Nie miała zamiaru mu tego mówić, bo jedynie spotkałaby się z jego szyderczym uśmiechem. Próbowała wymyślić jeszcze jakieś argumenty, ale nie było niczego, z czego Snape by nie zadrwił. Nagle na myśl przyszły jej słowa matki, która zawsze powtarzała jej, że czyny znaczą więcej niż słowa. Będzie potrzebowała teraz całej swojej gryfońskiej odwagi. Wzięła głęboki oddech i stanęła naprzeciw profesora. Spojrzał na nią z uniesionymi brwiami. Wtedy podniosła swoją dłoń i splotła swoje palce z jego, unosząc dłonie tak, by mogła swobodnie się im przyjrzeć.

Stał sztywno, gdy Hermiona studiowała dokładnie jego palce. Zauważyła, że były długie i sprawne. Spod skóry prześwitywały mu żyły. Zatrzymała wzrok przy zgrubieniach powstałych od krojenia składników i mieszania eliksirów. Czuła zimno, suchość i typową, męską szorstkość jego dłoni. Wzięła kolejny głęboki oddech.

- Ma pan nawet miłe dłonie - szepnęła, nie czując się na tyle odważnie, żeby spojrzeć w górę, w jego oczy. - Jeśli naprawdę mamy zamiar to zrobić, to będzie łatwiej, jeśli skoncentrujemy się na naszych dobrych stronach. Niech pan spróbuje przełamać swoje życiowe nawyki i pomyśleć o czymś, co mógłby pan we mnie podziwiać.

* Między Hermioną a Severusem tak właściwie było dziewiętnaście lat różnicy - do Hogwartu przyjmowani byli uczniowie, którzy mieli skończone 11 lat. Granger była z połowy września '79, co równało się z tym, że do Hogwartu mogła pójść dopiero wtedy, gdy zrobili to Harry, Ron i większość innych uczniów z jej klasy, będących z '80.

Rozdział 1. Drobne problemy

Hermiona Granger siedziała na najwyższym stopniu schodów na Grimmauld Place 12 - tajnej głównej kwatery Zakonu Feniksa i jednocześnie jej domu przez trzecie z kolei wakacje. 

Dom! To było okropne - OKROPNE! - stare miejsce, ale ostatecznie chroniło ich przecież przed atakami z zewnątrz i - miejmy nadzieję - tymi z wewnątrz, bo od kiedy wyrzucili stąd wszystkie niebezpieczne, przeklęte przedmioty podczas ich pierwszego pobytu tutaj, było zdecydowanie bezpieczniej. Za tydzień czeka ją powrót do szkoły. Zazwyczaj na tą myśl była bardzo radosna.

Ale nie tym razem. Jej głowa zwisała spomiędzy poręczy, a jej krzaczaste, brązowe włosy okalały nieokiełznanie jej twarz. Książka leżała otwarta na jej kolanach, ale nie czytała jej. Czekała. Wkrótce ostatnie spotkanie Zakonu powinno się skończyć, a ona zbiegnie na dół, żeby złapać pewną osobę zanim odejdzie. Jej Mistrza Eliskirów w Hogwarcie - Profesora Snape'a. 

Westchnęła i potarła czoło. Nie chciała z nim rozmawiać. Kto by chciał? Był kujący jak krzew cierniowy, a jego język ciął jak piła. Przez sześć lat lekcji z nim ani razu jej nie pochwalił mimo jej najlepszych ocen. Zamiast tego na przemian obrzucał ją niszczącymi obelgami, gdy mógł znaleźć choćby detal do skrytykowania (szczególnie gdy znała odpowiedzi na jego trudne pytania lub pomagała Neville'owi) i traktował jak powietrze, gdy do niczego przyczepić się nie mógł.

Stronniczy, nękający uczniów, wybuchowy facet! (Nie, żeby kiedykolwiek powiedziała coś takiego na głos. Nauczyciele są dawcami wiedzy i zasługują na szacunek tak długo, jak wykonują swoją pracę poprawnie - co zgrabnie wykluczało Trelawney i Umbridge, co przyjmowała z zadowoleniem. Jednak sama przed sobą musiała przyznać, że fakt faktem, ale Snape - Snape'em.) Pochwalał swoich Ślizgonów i dawał im punkty z taką rozrzutnością, z jaką innym domom punkty odbierał - w szczególności znienawidzonemu Gryffindorowi. Jeśli było coś, czego nienawidził bardziej, to byli to uczniowie należący do tego domu, a mianowicie ona i jej paczka: najlepszy przyjaciel - Ron, jego siostra Ginny, biedny, kochany Neville i kolejny najlepszy przyjaciel - Harry. W oczach profesora Harry był jednakowo winny bycia sławnym Chłopcem-Który-Przeżył jak niesławnym Synem-Jamesa-Pottera. Parsknęła. Bycie chrześniakiem Syriusza Blacka było także gwoździem do trumny Harry'ego w oczach Snape'a. A przecież jej przyjaciel nie miał na to najmniejszego wpływu.

Nigdy nie słyszała całej historii o pochodzeniu nienawiści jej profesora do Harry'ego, ale widocznie Snape doskonale pamiętał nienawiść i wzajemne rzucanie klątw z Jamesem i Syriuszem z okresu ich nauki. Potter i Black stanowili połowę kwartetu zwanego Huncwotami, a on był samotnikiem. Chyba nietrudno jest zgadnąć, kto zazwyczaj był na straconej pozycji. Zapewne zdarzały się też bezmyślne wybryki z udziałem ich przyjaciela - wilkołaka Remusa Lupina. Profesor uparcie nazywał go niedoszłym mordercą. Zacisnęła usta. To było niesprawiedliwe, że Snape obarczał Harry'ego winą za coś, co działo się przed jego narodzinami. Cóż, nikt nie powiedział nigdy, że Snape zachowywał się kiedykolwiek fair. 

Przełknęła nerwowo ślinę i zacisnęła zęby. Jak ona miała teraz dobrać słowa, żeby wytłumaczyć mu, iż jego jedyną szansą na przeżycie jest... Och, zapomnij! Nikt nie byłby na tyle odważny, żeby mu to powiedzieć.

Ruszyła się by wstać i pośpiesznie chwyciła książkę, o której istnieniu przypomniała sobie dopiero, gdy zaczęła się ześlizgiwać z jej kolan. Nie chciała, by spadła, bo obudziłaby portrety rodziny Blacków, a one znowu zaczęłyby wykrzykiwać obelgi na prawo i lewo. Mistrzynią tego była pani Black, która miała najgłośniejszy głos. Hermiona zagięła stronę w miejscu, w którym skończyła czytać, wzięła książkę pod ramię i powoli usiadła z powrotem. Nie było najmniejszego sensu w udawaniu, że zachowanie niepokojących faktów tylko dla siebie byłoby rozsądnym rozwiązaniem. Nie po tym, jak Voldemort wrócił dwa lata temu. A z nim zabójstwa i zniknięcia. Mugolacy z ich niemagicznymi rodzicami byli na celowniku... Ministerstwo Magii w tym momencie było bezużyteczne, na dodatek infiltrowane przez Śmierciożerców i innych popleczników Voldemorta. Został już tylko jeden filar sprawiedliwości - Zakon Feniksa, a w nim trzy podpory: Harry - główny cel i ostateczna broń, profesor Dumbledore - dowódca Zakonu i dyrektor Hogwartu oraz profesor Snape będący Śmierciożercą-szpiegiem. Jego informacje w czasie wojny były niezbędne, a życie - bezcenne.

Poza tym, ten sen doprowadzał ją do obłędu. Każdej nocy to samo, za każdym razem jednak coraz gorzej. Nie mogła pozwolić, by to się wciąż powtarzało. Nie mogła!

Jeśli tylko mogłaby wciąż nie wierzyć we wróżbiarstwo, to zignorowałaby to, ale od trzeciego roku nauczyła się, że istnieją prawdziwe przepowiednie. W zeszłym roku musieli walczyć ze Śmierciożercami w Ministerstwie, żeby zapobiec dostaniu się jednej z nich - tej dotyczącej Harry'ego - w ręce Voldemorta. Instynkt podpowiadał jej, że jej sen powtarzający się od trzech tygodni przemawia do niej jak prawdziwa przepowiednia. Może gdyby nie opuściła w trzeciej klasie lekcji Wróżbiarstwa, to byłaby pewniejsza. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że zapomina o czymś bardzo istotnym, ale jej książka "Demaskowanie przyszłości" została w domu jej rodziców. Nie oczekiwała, że jeszcze będzie jej kiedykolwiek potrzebować. 

Na dole ciche kliknięcia zamka w drzwiach przerwało ciszę. Skoczyła na równe nogi i zbiegła na dół po schodach. Zatrzymała się wprost przed swym celem. Jak zwykle stał pierwszy w drzwiach.Wyciągnęła przed siebie rękę, żeby zatrzymać się o futrynę. Jeszcze krok, a wylądowałaby na Snapie! Ten spojrzał na nią złośliwie znad swojego dużego, haczykowatego nosa podczas, gdy ona łapczywie łapała powietrze.

- Z drogi, panno Granger - syknął.

Spojrzała na jego chudą, bladą twarz, którą okalały proste, czarne włosy i z trudnością przełknęła ślinę.

- Profesorze, muszę porozmawiać z panem na osobności.

Piętro wyżej dwie rude i jedna czarna głowa wyskoczyły nagle ze swoich sypialni i stanęły z zaciekawieniem przy balustradzie. Bez patrzenia wiedziała, że Ginny, Ron i Harry mają zamiar podsłuchiwać. Uciekła od nich pod pretekstem potrzeby samotności. To była idealna wymówka, bo w końcu kwatera była dość zatłoczonym miejscem. Niestety, teraz widzieli swoje i będą oczekiwać wyjaśnień. Na całe szczęście zdążyła wymyślić już odpowiednie tłumaczenie.

Jej nauczyciel wyprostował się i spojrzał na nią ponownie z nachmurzoną miną. Stojący za nim pozostali członkowie Zakonu cofnęli się patrząc na nich z dezaprobatą i zdziwieniem.

- Czyżby? Aż tak zmęczyła pani swoich... przyjaciół - to słowo wypowiedział z przesłodzoną złośliwością - swoją irytującą obecnością, że musi znaleźć nową ofiarę, na której się wyżyje?

Dłonie Hermiony zacisnęły się na jej szacie. Dla uspokojenia wzięła głęboki oddech.

- Byłabym szczęśliwa, gdybym mogła wyjaśnić to w mniej publicznym miejscu, profesorze.

Snape zrobił krok w bok. Hermiona przewidując jego ruch także się przesunęła, więc nie miał miejsca do ucieczki. Inni obecni rozeszli się po bokach i oczywiście podsłuchiwali. Profesor zmierzył wzrokiem swoją uczennicę.

- Jestem zmuszony do przypuszczeń , że pani olbrzymi mózg nie umie odróżnić nauczyciela od powiernika. Nie interesują mnie pani drobne problemy.

Z góry dało się słyszeć stonowany syk oburzenia. Hermiona czując narastające oburzenie wysyczała przez zaciśnięte zęby.

- To pilne!

Wąskie usta profesora zacisnęły się, a jego głos obniżył do niebezpiecznego szeptu.

- Niewątpliwie to może poczekać, aż semestr się zacznie, a wtedy będę mógł ukarać pani bezczelność w sposób, na jaki pani zasługuje.

Hermiona przygryzła dolną wargę i odwróciła wzrok od jego czarnych, błyszczących oczu. Spojrzała jednak w błękitne, migoczące oczy i sympatyczny uśmiech srebrnowłosego dyrektora. Na szczęście miała plan awaryjny.

- Profesorze Dumbledore? - zrobiła błagalną minę.

- Jestem istotnie zainteresowany tym, co ma nam pani do powiedzenia, panno Granger - machnął ręką na swojego kolegę. - Severusie, dołączysz do nas?

Brwi mrocznego mężczyzny prawie złączyły się w geście zirytowania, a wargi prawie zniknęły. Doskonale znał różnicę między prośbą a rozkazem.

- Jak sobie pan życzy, dyrektorze. - Snape podążył za pozostałą dwójką do małego pokoju i natychmiast rzucił zaklęcie przeciw jakimkolwiek podsłuchom.

Profesor Dumbledore umiejscowił się na krześle i wyciągnął paczuszkę karmelków. Zaoferował je swoim rozmówcom, ale oboje to zlekceważyli.

- Więc? - Twarz Snape'a była ukryta w cieniu jego wielkiego nosa, ale dostrzegła wykrzywione w grymasie usta.
Hermiona przełknęła głośno ślinę. Godziny, które spędziła próbując wyobrazić sobie tę sytuację poszły na marne. Z ułożonej przemowy nie mogła przypomnieć sobie ani słowa.

- Nie ma pani nic do powiedzenia? - zapytał. - Porozmawiamy o marnowaniu mojego ważnego czasu za tydzień, panno Granger.

Z wysiłkiem przestała lustrować pokój w celu znalezienia jakiejś inspiracji, ale już po chwili znalazła iskrzące się oczy dyrektora. Z nim będzie jej łatwiej przeprowadzić rozmowę.

- Profesor Snape... - szepnęła. - Profesor Snape jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Obiekt jej obaw parsknął.

- Chce mnie pani zanudzić na śmierć swoim bezsensownym gadaniem? A może w końcu odkryła pani, że szpiegostwo jest niebezpieczne?

Urażona obróciła się i stanęła z nim twarzą w twarz.

- Ani to, ani to! Każdej nocy od trzech tygodni śni mi się pańska śmierć. Prawdopodobnie są to prorocze sny. Jeśli to prawda, to zginie pan przed końcem semestru! Chyba że...

Snape obrócił się do niej bokiem, więc jego twarz znów okryła się cieniem, jak z resztą i cały on. Jedyne, co mogła zobaczyć to wysoki, złowrogi kształt z włosami czarnymi jak jego szaty. Dyrektor także zapatrzył się w swojego kolegę. Jego w połowie odpakowany karmelek wypadł mu z jednej ze słabych dłoni i wpadł z powrotem do paczuszki, podczas gdy druga zacisnęła się na opakowaniu  w miażdżącym skurczu.

- Chyba że? - starszy mężczyzna nagląco zachęcił ją do rozmowy.

- Chyba że poślubi uczennicę. Natychmiast.

Na dłuższy moment w pokoju zapadła cisza.

- Zadurzenie w nauczycielu, panno Granger? - zadrwił Snape. - Powinno mi to schlebiać?

Ramiona dziewczyny gwałtownie opadły, a ona sama wbiła wzrok w podłogę. Na panelach leżał dywan w kolorze wyblakłej czerwieni, czerni i beżu. Kiedyś musiał być wspaniały. Teraz ona miała ochotę wpełznąć pod niego i ukryć na następne dziesięć lat.

- Ten sam sen każdej nocy od trzech tygodni? - w głosie dyrektora wyczuła ostrą nutę.

Polizała usta w objawie nerwowości.

- Nie do końca. Zawsze kończył się w tym samym miejscu, gdy oglądałam ziemię spychaną na trumnę, ale za każdym razem sen jest dłuższy. To wygląda tak, jakbym każdej nocy robiła krok w stronę tego, co działo się wcześniej, więc widzę trochę więcej.

Rzuciła okiem na ciemną postać stojącą wciąż w kącie. Wyglądał na niezdolnego do rzucania kolejnych obelg w jej stronę. To było dziwne. Dziwne i przerażające zarazem.

- Ostatniej nocy widziałam buty, które obkładały ciało kopniakami - pociągnęła nosem i zakryła oczy dłońmi. - Za każdym razem słyszę głos, który mówi, że mogłam ocalić profesora. Myślę, że to może być Więź Przeznaczenia. 

Dumbledore pogłaskał się po swojej długiej, srebrnej brodzie. Jego zmarszczki zdawały się być głębsze, a policzki bardziej zapadłe niż Hermiona kiedykolwiek widziała. 

- To brzmi dość prawdopodobnie - zgodził się. - Ale wtedy profesor Snape także powinien o tym śnić.

Hermiona wstrzymała oddech. To było to. Oczywiście! Ta ważna rzecz, o której zapomniała. Teraz wszystko było jasne.

- Severusie? - zaczął dyrektor. - Może jest coś, co chciałbyś nam powiedzieć?

Nastała długa cisza. Ostatecznie profesor Snape pochylił głowę szykując się do odpowiedzi.